Swoją metodę wypracowałam przez lata ciężkiej pracy w sferze anatomicznej, psychologicznej, duchowej i później skleiłam je razem. Jednolite studia, dziesiątki paskudnie drogich kursów, praca w placówkach zdrowia różnej klasy oraz neurotycznie wnikliwa obserwacja rzeczywistości, dały mi bazę do odskoku od głównego nurtu medycznego. Od dawna towarzyszy mi głęboko zakorzenione poczucie (lub buńczuczne zacietrzewienie;)), że powszechnie obowiązujący, kartezjańsko-newtonowski paradygmat naukowy jest zwyczajnie błędny, nieprawdziwy, naciągnięty do norm tzw. obiektywnego podejścia.
Nie wszystko co Nas otacza można zmierzyć i udowodnić.
Często dostaję pytanie ze zdziwieniem- „Czemu pracujesz tak rzadko?”
Pracuję tak, bo potrzebuję czasu na uziemienie, ukorzenienie, doświadczanie natury. Częścią mojego życia jest dbanie o sad, rozsady, uprawa warzyw, robienie przetworów, zbieranie i suszenie ziół oraz masa zadań, planów, aktywności całej otoczki tych kotołaczych zabaw. Czasem też jestem budowlańcem i majsterklepką i robię mniej schludne rzeczy, które aspirującej szamance (wg niektórych czarodziejce;)) nie przystoją.
Takie obcowanie z naturą daje mi moc na terapie dla Was i przepływ, który w nich następuje. Robię je mając frajdę więc wypalenie zawodowe mnie nie dorwie. Robienie fabryki z gabinetu byłoby wbrew mnie, muszę doładowywać swoje baterie, czyli złapać czas i dystans. Ponoć „Praca zawsze staję się pracą”, więc robię z pracy nie-pracę, i w gabinecie jestem od jednego do czterech razy w miesiącu. W miesiącach jasnych-dwa razy (ze względu na terapie leśne) a w miesiącach ciemnych-cztery razy. Stawiam na wspomagające działania magii, szumu lasu i moc Ziemi.

Moim domem jest Kotołacza Kraina, która ma swoją zakładkę powyżej, na bazie której powstał kanał na YT o tej samej nazwie. Chcesz się zanurzyć? – Zapraszam!